W bramie starej kamienicy znalazł się człowiek, który uporczywie liczył przechodzących sobowtórów.
Wspomniani osobnicy nonszalancko przemieszczali się pomiędzy wejściem w bramę od strony ruchliwej ulicy, a małym podwórkiem otoczonym ze wszystkich stron wysokimi murami brunatnych kamienic.
Co pewien czas przechodzący zatrzymywali się i przyjaźnie unosili dłoń, a potem znikali gdzieś w mikroświecie szarego podwórka pachnącego stęchlizną.
Trzymając twarz przy marmurowej posadzce człowiek zauważył kolejnego sobowtóra, który zatrzymał się w cieniu zimnego korytarza i rzekł:
– Nie możesz wciąż sterczeć w poczekalni. Albo spierdalaj na ruchliwą ulicę, albo schowaj się w cieniu cichego podwórka.
Człowiek wolno podniósł się z posadzki zwracając wzrok ku kolorowej poświacie zewnętrznego świata wdzierającej się w ciemności korytarza.
– Podobno Bóg daje to czego chcemy… tylko nie tak bezpośrednio- elegancko dokończył sobowtór i wyszedł na ulicę.
Człowiek ze zdziwieniem spojrzał na otaczający go wszechświat, a następnie na czubki swoich starych butów. Wyprężył się. Poprawił płaszcz.
Niestety nie był tak zdecydowany jakbyśmy tego od niego oczekiwali, dlatego ponownie usiadł na poprzednim miejscu, przytulił twarz do chłodnej posadzki i nadal liczył przemykających po korytarzu swoich nieważnych- uśmiechniętych sobowtórów.


Dodaj komentarz