Zazwyczaj we śnie gdy gonią mnie olbrzymie czarne kule zapinam pidżamę dokładnie na ostatni guzik i ze zrezygnowaniem zbiegam po zdeformowanych schodach.
Podczas morderczej ucieczki przed cynicznymi kulami próbuję nieszablonowych uników, minimalizuję straty i uwalniam się od ciasnego uniformu zasad, które ograniczają wyobraźnię.
Kolejne długie susy w dół i jestem już prawie przekonany, że powinienem zaniedbać swój tymczasowy światopogląd.
Kolejny unik, kolejny krok… kolejny skok.
Dalej zbiegam po pływających kawałkach kamieni pomiędzy ruchomymi ścianami.
Potykam się nieustannie. Nurkuję.
Chwytając odłamków opóźniam zsunięcie się w ciemną przepaść.
Czuję się niekomfortowo pomimo tego, iż we śnie upadki nie bolą.
Czarne kule gwałtownie witają się z moimi zgarbionymi plecami oraz pląsającą wokół tułowia głową.
Po lewej stronie czerwone promienie wydostają się z pękających ścian. Ktoś przez nie zagląda. Na tle szarego nieba ukazują się cyniczne twarze przechodniów szukających sensacji.
Ogólna erozja materii wokół. Przeciwległej ściany już praktycznie nie ma. Schody całkowicie rozpadają się na boki. Zaczynają się kruszyć pod naciskiem czarnych kul rozbijających resztki materii.
Dzięki nabytemu doświadczeniu jeszcze przez chwilę umiejętnie utrzymuję się na większych fragmentach schodów, a następnie… całkowicie przewidywalnie spadam w otchłań.
Chodzi o to żeby nie spadać zbyt długo.
Świadomość wraca gdy ciężko uderzam w łóżko zagłębiając się w poduszkach i wykrochmalonej pościeli.
Cieszę się z nagłego powrotu do szpaleru białych łóżek na okazałej sali z wielkimi oknami i nieczynnymi kaloryferami.
Jeszcze przed kolejnym snem spokojnie zmodyfikuję plan działania, przeanalizuję ostatnią ucieczkę, jeszcze raz sprawdzę wszystkie guziki w pidżamie.
Jestem pewien, że w końcu się uda.
Już powoli zasypiam.
Jestem gotowy.
Zazwyczaj gdy we śnie gonią mnie olbrzymie czarne kule zapinam…


Dodaj komentarz