Pamiętam, że 40 lat temu obudził mnie głuchy łomot w drzwi wejściowe do naszego mieszkania. Poderwałem się i podbiegłem na palcach do przedpokoju po stołek, dzięki któremu dostałem się do wizjera.
Ukradkiem spojrzałem na korytarz. Zobaczyłem wielkie, kwadratowe plecy naszego sąsiada Pana K. otulone półprzeźroczystą koszulką na ramiączkach.
W bardzo nietrzeźwym stanie starał się wyważyć drzwi do swojego mieszkania za pomocą energicznych kopniaków. Wykonane z cienkiej, socrealistycznej sklejki drzwi odgradzały wściekłego pijaka od równie nietrzeźwej i przerażonej małżonki Pani K., która całym swoim ciałem blokowała drzwi z futryną od strony częściowo zdemolowanego już mieszkania.
Nieustępliwie walczyła o każdą kolejną sekundę swojego życia.
– Otwieraj stara kurwo… bo cię zajebię!
– Za-bi-ję-kur-wę-za-bi-ję – wykrzykiwał w tempie vivo vivace zachowując synchronizację sylab z kopniakami.
Nagle niekontrolowany impet kolejnej szarży na sklejkę spowodował, że Pan K. sprężynował i uderzył plecami w nasze drzwi… i pośrednio we mnie. Straciłem równowagę i spadłem ze stołka powodując niepotrzebny rumor.
Pan K. odwrócił się i zajrzał do naszego wizjera. Przez chwilę starał się wyłowić z ciemności przedpokoju niedozwolonego podglądacza.
– Wypierdalać skurwysyny- z pogardą zwrócił się do naszych drzwi.
Szybko wstałem na stołek i zajrzałem ponownie w wizjer.
Gdy Pan K. oddalił się od wizjera. Spostrzegłem, że miał na sobie granatowe rozciągnięte slipy oraz kapeć na lewej stopie. Zdecydowanie ten wybór garderoby nie pasował do styczniowej aury panującej od pewnego czasu na zewnątrz 4-piętrowego bloku z wielkiej płyty.
I była to ostatnia rzecz jaką udało mi się zobaczyć na korytarzu. Przy wizjerze zastąpił mnie ojciec, którego obudziło dopiero szesnaste kopnięcie nogą w drzwi sąsiadów.
Jeszcze przez chwilę słyszałem równomierne niskie dźwięki zaciętych ataków Pana K. na nieposłuszne drzwi. Po chwili pojawiły się nowe odgłosy szamotaniny, wyzwisk i rezonans metalowej poręczy.
Pobiegłem do drugiego pokoju. Rozłożona wersalka pod oknem umożliwiała wygodny wgląd na podwórko. Na ulicy stał już milicyjny radiowóz z charakterystycznym światłem na dachu, które cyklicznie oświetlało połacie białego puchu wokół.
Na dole dwóch funkcjonariuszy wyprowadziło Pana K. z klatki schodowej kierując się do radiowozu.
Ślizgali się na śniegu, Pan K. nie ułatwiał zadania (chyba już nie miał kapcia), wszelkimi możliwymi kończynami utrudniał zamknięcie drzwi radiowozu.
Niespodziewanie na dole w śnieżnej aurze pojawiła się dość mocno roznegliżowana Pani K., która nieudolnie starała się uniemożliwić aresztowanie.
– Oddajcie mojego męża skurwysyny! Oddajcie go!!- krzyczała w stronę niewzruszonych milicjantów rutynowo wykonujących w milczeniu czynności służbowe.
Po chwili radiowóz mozolnie ruszył z miejsca i zniknął za kolejnym budynkiem. Pani K., usiadła z rezygnacją na śniegu. Lament zamieniał się w płacz i na odwrót. Nie pamiętam jak długo tam siedziała. Zaczął padać śnieg.
Patrzyłem na to z dziecięcym zdziwieniem. Zrozumienie przyszło dopiero wiele lat później.
Kobieta postępuje zawsze tak samo. Jest zdeterminowana i wytrwała, a przede wszystkim chroni niewidzialnej granicy swojej sfery, w której poruszają się najbliższe dla niej osoby.
A on? Nigdy nie jest idealny.
Pan K. wrócił do mieszkania po kilku dniach spędzonych w izbie zatrzymań MO. Miał na sobie drelichowe spodnie związane w pasie, tak mocno poszukiwanym w tamtych czasach, sznurkiem do snopowiązałek. Pod pachą trzymał szary wojskowy koc.
Pokiereszowane drzwi mieszkania otworzyły się ze zgrzytem. W ciemnym przedpokoju pojawiła się Pani K..
Ze spuszczoną głową wolno odsunęła się pod ścianę.
Pan K. wszedł spokojnie.
Nie odwrócił się.


Dodaj komentarz