Incydent w Instytucie Wartości Nieobliczalnych

W jednym z wielu pomieszczeń Instytutu Wartości Nieobliczalnych pracowała para urzędników.

U swoich wszystkich siedemnastu kolejnych przełożonych różnego szczebla mieli opinię bardzo wydajnych biurokratów, a współpracownicy z sąsiednich pomieszczeń biurowych uważali ich za bardzo kompetentnych i solidnych pracowników tego wydziału.

Codziennie od jedenastu lat siadali na przeciwko siebie przy jednym szerokim biurku, na którym oprócz standardowych formularzy znajdowały się dwie szklanki z podstawkami, kilka pieczątek na stojaku, metalowy kubek z ołówkami oraz wiele innych drobiazgów niekoniecznie związanych z wykonywaną pracą.

Pomimo diametralnie różnych charakterów (jeden był nad wyraz spokojny, a drugi niezmiernie zrównoważony) nie dochodziło pomiędzy nimi do poważnych zatargów. Drobne rozbieżności w poglądach wyjaśniali zazwyczaj przy pomocy formularzy wewnętrznych numer osiem specjalnie przygotowanych przez kierownictwo w tym celu.

W wolnym czasie rozmawiali o pieczątkach, o ostrzeniu kredek, o nowych modelach temperówek, a nawet o petentach błąkających się bezwiednie po korytarzach. Żałosne zachowanie interesantów było tematem wielu prześmiewczych parodii, które wymyślali i realizowali przy drzwiach w swoim pomieszczeniu zmieniając na chwilę nudne biuro w teatr jednego aktora i jednego widza.

Pewnego spokojnego dnia urzędowego jeden z nich dziwnym zbiegiem okoliczności włożył najważniejszą w biurze pieczęć z napisem „BRAK AKCEPTACJI” do Teki Spraw Niezałatwionych przez co została nieumyślnie zakamuflowana tak, że jej odnalezienie graniczyło teraz z cudem.

Ten poważny incydent, o którym rozpisywała się później prasa, pozostał tego dnia niezauważony, a pozostałe godziny urzędowania upłynęły spokojnie.

Gdy po kilku dniach sterta bieżących formularzy urzędowych składowanych na podłodze pod oknem urosła ponad poziom parapetu sprawa stała się niepokojąca.

Z godziny na godzinę formularzy w pomieszczeniu przybywało gdyż pieczętowanie pieczątką „BRAK AKCEPTACJI” wciąż stało w miejscu.

Późnym popołudniem interweniował kierownik zmiany, a po nim główny specjalista,  dyrektor nadzoru, audytor śledczy i generalny inspektor wydziału.

Po kilkunastokrotnym przeszukaniu pomieszczenia okazało się, że pieczątka zginęła bezpowrotnie.

Sytuacja pary urzędników stała się krytyczna.

Spokój i opanowanie prysnęły jak bańka mydlana w momencie gdy jeden z urzędników wywrócił z krzesła współtowarzysza wysypując mu na głowę śmieci z nieopodal stojącego śmietnika, o którym wcześniej nie wspominaliśmy.

Riposta zaśmieconego była natychmiastowa. Wstając z zimnej posadzki zwinnym ruchem wbił najlepiej naostrzony ołówek w plecy kolegi.

Urzędnik z ołówkiem w plecach, nie pozostając dłużnym, zwinnym ruchem podciął koledze tętnicę szyjną kawałkiem szkła z rozbitej szklanki, a następnie rozerwanym kawałkiem szarej zasłony utrudnił mu oddychanie.

Po kilkuminutowej walce obaj urzędnicy niepokojąco opadli z sił i nastała grobowa cisza.

Do pomieszczenia biurowego wrócił spokój, a po chwili pojawili się pierwsi interesanci z wypełnionymi formularzami numer jedenaście, które układali na podłodze obok zwłok urzędników.

Dzięki umieszczonej na drzwiach kartce z napisem „PRZEPRASZAMY ZA ZWŁOKĘ” zachowywali się nad wyraz cierpliwie.

Komentarze

Dodaj komentarz